Odkąd osiadłem na terenach watahy ,nie poświęciłem ani trochę czasu na
zwiedzanie terenów watahy . Dobiegły mnie słuchy że to rozległe
płaszczyzny o krańcach tak daleko oddalonych od siebie ,i tak rozległych
jak Oceania.
Te słowa na pewno motywowały do wędrówki ,lecz moje lenistwo było zbyt
zżyte zemną i tak słabe ,że stojąc na swoich cieniutkich , chudych
łapkach nie zrobiło by dwóch kroków. Innymi słowy długa wędrówka
odpadała z listy rzeczy na dzisiaj. Za to krótki rekonesans był bardzo
dobrym pomysłem. Był jeszcze jeden problem. Jako że jestem przystosowany
do nocnego trybu życia poranne wstawanie i jednocześnie brak 'nocnego
obiadu' ,jeszcze bardziej zniechęcają wilka do porannego wstawania. Lecz
trzeba zapoznać się z kolorami drzew i zapachami ptaków latających po
niebieskim niebie.
Kiedy nastał ranek nie obyło się bez porannej gimnastyki w postaci
jednego mocnego wyciągnięcia się. Następnym krokiem stała się szczelina
,która służyła mi jako drzwi i okno. Ostrożnie wypchnąłem nos i
wciągając zapachy otoczenia zdałem sobie sprawę ,że nikogo niema. Gdy
zapachy zostały wchłonięte naszła chwila zobaczenia panoramy świata.
Wystawienie łba było najgorszym momentem adaptacji do terenu. Przez
chwilę straciłem wzrok ,a krew napływała do źrenic. Gdy znalazłem się na
powierzchni od razu otrzepałem się z piasku i zadowolony skierowałem
się w stronę pobliskiego strumyka.
Czerpiąc świeżą lekko gazowaną wodę moją uwagę przykuł wilk.
<Wilku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz