Od Mary.
- Mamo! Mamo! - wołałam wesoło biegając obok starszej wadery.
- Tak, Słońce? - zapytała wycieńczona
- Kiedy będę mogła sama iść na polowanie? - spytałam i usiadłam obok niej.
- Jesteś jeszcze za mała - przytuliła mnie - Może niedługo pójdziesz,
ale na razie nie ma po co szybko dorastać... Tata zaraz wróci z kolacją.
Kiwnęłam głową i pobiegłam w stronę jaskini, w której mieszkał Gabriel.
Był on moim najlepszym przyjacielem. Podeszłam do basiora, który gryzł
wystający korzeń.
- Hej! - zawołałam z entuzjazmem
- Ta... Cześć... - mruknął, dalej zajmując się "gryzakiem".
- Co robisz...? - zajrzałam mu przez ramię, widziałam co kombinuje, ale spytać warto.
- Próbuję to wyrwać! - zaczął ciągnąć korzeń mocniej.
- Świetnie, idę nad jezioro, spotkamy się tam później? Jak skończysz? - zawołałam
- Ta... - odezwał się
Pobiegłam nad jezioro. Woda była zimna. Lubię taką. Wskoczyłam,
rozbijając spokojną toń. Że w tym wieku umiałam pływać... W tamtych
"czasach" byłam w tym niepokonana. Gabriel długo nie przychodził.
Postanowiłam, że wrócę do domu. Szłam spokojnie, ścieżką, którą znam już
tak dobrze... Las pachniał przepięknie. Gdzie nie gdzie przebiegał
zając. Ptaki cudnie śpiewały. Czułam się wtedy jak w niebie... Te chwile
zawsze zostaną mi w pamięci. Rodzice już na mnie czekali. Później
pytali, gdzie sie włóczyłam tak późno. Wyjaśniłam im wszystko. Kazali mi
być cicho i zacząć jeść. Nasza wataha przeżywa kryzys. Dawno nie
jadłam... Brakuje zwierzyny. Wszystko przez inną watahę. Jest dla nas
wroga. Grozi wojną. Jadłam powoli, chodź głód dawał się we znaki.
- Kochanie, jedz szybko - przytulił mnie tata
Zaczęłam przełykać mięsa. To chyba była sarnina, ale nie mam pewności.
Było mdłe i twarde. Kiedyś lasy były pełne zwierzyny. Chciałam się
nauczyć polować, by pomóc innym wilkom. Ale na próżno... Na co bym
polowała? No i tak mijały miesiące... Jedliśmy raz na tydzień... Mdłym i
starym mięsem musieli się żywić wszyscy.
Dzień, w którym wszystko straciłam pamiętam do teraz. Pierwsze polowanie
zakończyło się klęską. Już miałam zająca. Gotowa do skoku, ofiara nie
spodziewa się ataku... Biegnie ojciec.
- Mary! Uciekaj! - krzyknął
- Co się stało?! - zdziwiłam się
- Wojna, biegnij! - popchnął mnie
Zając uciekł. To nie były żarty... Zza krzaków wyskoczył obcy wilk. Rzucił się na tatę. On wyszeptał jeszcze jedno zdanie...
- Uciekaj, skarbie, uciekaj... - jego głos się urwał
Cofnęłam się. Gałązka pod moją nogą pękła. Wilk spojrzał na mnie.
Ruszyłam do ucieczki. Biegłam przed siebie. Czułam, że mam za sobą
pościg. Omijałam drzewa, przeskakiwałam krzewy... Jezioro.
- "Po drugiej stronię będę bezpieczna! Przepłynę" - pomyślałam
Wskoczyłam do wody. Tym razem nie zwracałam uwagi, że jest zimna.
Płynęłam. Już po drugiej stronie! No i dalej bieg. Tak chyba minął rok.
Nie raz wpadałam w bijatyki. Raz niedźwiedź stanął na mojej drodze. Ktoś
normalny odsunął by się. Nie ja... Zaczęłam walkę. No może jej nie
wygrałam, ale byłam z siebie dumna.
Pewnego dnia.. To chyba była nawet rocznica. Miałam zamiar upolować
jelenia. W tamtej chwili zobaczyłam wilka. Było to dla mnie wielkie
zdziwienie! Od roku nie widziałam wilka. Podeszłam do niego. Tamten
chyba nie był zbyt szczęśliwy, że mnie zobaczył. No cóż. Dokleję się, to
już nie pójdę...
- Cześć... - odezwałam się
<Kendall?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz