piątek, 26 czerwca 2015

Od Mary

Od Mary.
- Mamo! Mamo! - wołałam wesoło biegając obok starszej wadery.
- Tak, Słońce? - zapytała wycieńczona
- Kiedy będę mogła sama iść na polowanie? - spytałam i usiadłam obok niej.
- Jesteś jeszcze za mała - przytuliła mnie - Może niedługo pójdziesz, ale na razie nie ma po co szybko dorastać... Tata zaraz wróci z kolacją.
Kiwnęłam głową i pobiegłam w stronę jaskini, w której mieszkał Gabriel. Był on moim najlepszym przyjacielem. Podeszłam do basiora, który gryzł wystający korzeń.
- Hej! - zawołałam z entuzjazmem
- Ta... Cześć... - mruknął, dalej zajmując się "gryzakiem".
- Co robisz...? - zajrzałam mu przez ramię, widziałam co kombinuje, ale spytać warto.
- Próbuję to wyrwać! - zaczął ciągnąć korzeń mocniej.
- Świetnie, idę nad jezioro, spotkamy się tam później? Jak skończysz? - zawołałam
- Ta... - odezwał się
Pobiegłam nad jezioro. Woda była zimna. Lubię taką. Wskoczyłam, rozbijając spokojną toń. Że w tym wieku umiałam pływać... W tamtych "czasach" byłam w tym niepokonana. Gabriel długo nie przychodził. Postanowiłam, że wrócę do domu. Szłam spokojnie, ścieżką, którą znam już tak dobrze... Las pachniał przepięknie. Gdzie nie gdzie przebiegał zając. Ptaki cudnie śpiewały. Czułam się wtedy jak w niebie... Te chwile zawsze zostaną mi w pamięci. Rodzice już na mnie czekali. Później pytali, gdzie sie włóczyłam tak późno. Wyjaśniłam im wszystko. Kazali mi być cicho i zacząć jeść. Nasza wataha przeżywa kryzys. Dawno nie jadłam... Brakuje zwierzyny. Wszystko przez inną watahę. Jest dla nas wroga. Grozi wojną. Jadłam powoli, chodź głód dawał się we znaki.
- Kochanie, jedz szybko - przytulił mnie tata
Zaczęłam przełykać mięsa. To chyba była sarnina, ale nie mam pewności. Było mdłe i twarde. Kiedyś lasy były pełne zwierzyny. Chciałam się nauczyć polować, by pomóc innym wilkom. Ale na próżno... Na co bym polowała? No i tak mijały miesiące... Jedliśmy raz na tydzień... Mdłym i starym mięsem musieli się żywić wszyscy.
Dzień, w którym wszystko straciłam pamiętam do teraz. Pierwsze polowanie zakończyło się klęską. Już miałam zająca. Gotowa do skoku, ofiara nie spodziewa się ataku... Biegnie ojciec.
- Mary! Uciekaj! - krzyknął
- Co się stało?! - zdziwiłam się
- Wojna, biegnij! - popchnął mnie
Zając uciekł. To nie były żarty... Zza krzaków wyskoczył obcy wilk. Rzucił się na tatę. On wyszeptał jeszcze jedno zdanie...
- Uciekaj, skarbie, uciekaj... - jego głos się urwał
Cofnęłam się. Gałązka pod moją nogą pękła. Wilk spojrzał na mnie. Ruszyłam do ucieczki. Biegłam przed siebie. Czułam, że mam za sobą pościg. Omijałam drzewa, przeskakiwałam krzewy... Jezioro.
- "Po drugiej stronię będę bezpieczna! Przepłynę" - pomyślałam
Wskoczyłam do wody. Tym razem nie zwracałam uwagi, że jest zimna. Płynęłam. Już po drugiej stronie! No i dalej bieg. Tak chyba minął rok. Nie raz wpadałam w bijatyki. Raz niedźwiedź stanął na mojej drodze. Ktoś normalny odsunął by się. Nie ja... Zaczęłam walkę. No może jej nie wygrałam, ale byłam z siebie dumna.
Pewnego dnia.. To chyba była nawet rocznica. Miałam zamiar upolować jelenia. W tamtej chwili zobaczyłam wilka. Było to dla mnie wielkie zdziwienie! Od roku nie widziałam wilka. Podeszłam do niego. Tamten chyba nie był zbyt szczęśliwy, że mnie zobaczył. No cóż. Dokleję się, to już nie pójdę...
- Cześć... - odezwałam się

<Kendall?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz